Toksyczne dzieci...
2006-12-03 | 23:59:23 |
skomentuj | (6)
Toksyczne dzieci
Jedynym światłem okazał się księżyc, zazwyczaj daleki odległy zamglony. Nic już nie wróżyło wstającego dnia – zamykając oczy zasnął. Obudził się w nowym świecie, tak różnym od tego w którym przeszło mu żyć. Wszystko było nader kolorowe, jaskrawe – przejżające pociągi, ludzie i ona. Młoda, mała – tak jak on. Pięcioletni dzieciak. Małe nóżki, małe ciało, wielkie serce, niepasujące – nie dbał o nie – to ono wraz z nią dbało o niego. Była cudowna, lśniąca – w calym egoizmie jego. Nie liczyło się poza – ona postrzegała w ten sam sposób – nie musiała inaczej – nie potrzebowała – przecież razem trzymali się za ręce, byli i dopełniali się mimo ichnich różności. Dzieliło ich tak wiele a wypełniała jedynie myśl, wzajemna, wspólna połączona pragnieniem bycia razem. Przechadzając się zostawiali jedynie małe ślady niewidoczne, cenne tylko dla nich. Często nie mówili nic – nikt nie widział właściwie jak się porozumiewali – słowa, balsam i uśmiech. Mieli wszystko nie dzierżąc ani jednej nikczemnej złotówki – mieli ale co z tego…
Spotkali się przy starym drzewie. Usiedli. On widział jej uśmiech ona jego, patrzeli tak na siebie nieskrępowani betonowym spojrzeniem ścian. Płynie rzeka, słychać ptaków śpiew.
Wziął do ręki sznur: szorstki, długi – zaczepił od drzewo, napiął i zaciskając pętle wokół szyi uśmiechnąć się szyderczo. Ona nie wiedziąc do czego zmierza podzieliła jego los. Zawiśli…
Po prostu postanowili odejść, a może wejść razem? – tego wiedzieć nie jestem w stanie. Nie było w nich ani krzty, nawet pojedyńczego grama bólu. Otworzyli nową ścieżkę swojego życia-właśnie już nie życia…
Pojawił się grymas na jego twarzy, zacisnął oczy – nie widział już jej. Wokół słychać jedynie było cichy śpiew ulatującego życia. Nie było mu smutno, nie czuł nic. Piękne barwy ponownie nawiedziły jego umysł. Ciepło i słodycz w jaskrawej formie – nie był to koniec…
To była jego ostatnia myśl…
napisane piórem bez wkładu...
Otwórz serce... zamknij drzwi...
2006-11-18 | 10:10:29 |
skomentuj | (3)
Otworzyłem lodówkę – była pusta, tak jak i portfel. Nie ma pieniędzy, jedzenia – widocznie będę musiał się sam borykać z głodem i ogólnym brakiem podstawowych potrzeb.
Otworzyłem serce – było puste… złamane, smutne…
Otworzyłem oczy – były mokre, zalane łzami i narastającym bólem, który już dawno osiągnął swoje apogeum.
Otworzyłem okno – zimna bryza wnet mnie opatuliła – chłodna, mglista chmura oddechu zawitała w pomieszczeniu… było zimno, nie przytulnie… na dworze oprócz szarości wpadającej w pomarańcz nie było nic.
Otworzyłem drzwi – by przywitać przyjaciela… nie było go… nie było nic…
napisane piórem bez wkładu...
Dalej od..
2006-11-08 | 17:41:41 |
skomentuj | (1)
Spojrzał w niebo – było daleko – dalej aniżeli zazwyczaj. Pomyślał Warszawa – nie to ten sam świat skąpany w szarościach gdzie nie gdzie ubrany w szaty bieli kopcących kominów. Izolował się – nie chciał acz musiał. W głowie istniał plan, wielki, niesamowity, taki gdzie miejsce może mieć tylko jedna osoba – on sam. Rysował kreski horyzontu, malował drzewa, gałęzie i księżyc – wszystko w swej wielkości powodowało jeszcze większe zmniejszenie jego samego. Stał się tak mały, że ktoś by mógł pomyśleć, że w istocie przestał być częścią tego świata. Odsunął się na tak wielką odległość, że wrócić w stanie był. Stał na moście, biegł przed siebie, szybko przemierzał na drugą stronę. Brnąc przestał widzieć cel mimo, iż droga była jedna – znikła także przeszłość. Zamazana, kształtująca jedynie pozory, mglista, aż w końcu przezroczysta. Ona jest – pomyślał – lecz nijak jej nie widać. Oszaleję! – krzyknął lekko rozpościerając usta – nikt go nie słyszał był sam – stał przed to ciągle na tym szarym, drewnianym moście. Trzy godziny snu, pełne baterię, psychiatra i brak kontaktu – tym się stał, zaślepiony miłością – już nie robił nic – czekał…
To jego praca…
napisane piórem bez wkładu...